
Bartosz Lipiński
Zapowiedź autora artykułu:
Treść artykułu:
BL: Od wielu lat jest pan związany z Ziemią Augustowską. Co takiego sprawiło, że wybrał pan do zamieszkania akurat ten zakątek naszego kraju?
-Mieszkam w Powiecie Augustowskim i nie zamienię tego miejsca na żadne Krupówki. Moja żona jest suwalczanką. Nie chcieliśmy mieszkać w samych Suwałkach np. w bloku, dlatego szukaliśmy domu. Nasz wybór padł na Powiat Augustowski, skąd mam dziś blisko zarówno do Suwałk, jak i do Augustowa. Dziś mieszkam w pięknym zakątku naszego kraju. Być może nie wszyscy wiedzą, jakie są tutaj walory. Dookoła las, jeziora, spokój, możliwości udania się na ryby czy grzybobranie. W każdej chwili można pojechać na Litwę, oddawać się turystyce i rekreacji. Nie widzę innego miejsca dla siebie i wielu sportowców chciałoby być na moim miejscu. Mój śp. kolega Władek Komar marzył o takim domku w puszczy, blisko wody. Mnie się to udało zrobić m.in. dzięki pobytowi w Ameryce, którą uważam za moją drugą Ojczyznę.
Dziś można powiedzieć, że skoczek narciarski to zawód, a w moich czasach startowało się dla idei, przyjemności oraz żeby mieć możliwość zagranicznego wyjazdu, bo w inny sposób nie było to osiągalne. Chciałbym, aby na Augustowszczyznę przyjeżdżali też inni sportowcy, tak jak kiedyś np. cała kadra oraz kluby przyjeżdżały latem na obozy na Mazury. Augustów jest letnią stolicą Polski, tak jak Zakopane zimową. Trzeba byłoby wrócić do tych tradycji, aby sportowcy i młodzież mogli nad tutejszymi jeziorami wypoczywać i trenować, bo jest gdzie. W Augustowie oraz Suwałkach są piękne obiekty, ścieżki, trasy narciarskie czy rowerowe i można latem ćwiczyć na nartorolkach. Tu są dobre warunki do uprawiania sportu.
BL: Augustowszczyzna to przede wszystkim doskonałe miejsce do rozwoju sportów wodnych. Czy próbował pan swoich sił w narciarstwie wodnym, a może nawet zdarzyło się panu skoczyć na nartach po tafli jeziora?
-Nigdy nie skakaliśmy na nartach wodnych, ponieważ są one bardziej ekstremalne niż skoki zimowe i można sobie łatwo zrobić krzywdę. Natomiast narty wodne były dla nas zawsze dużą atrakcją i dobrym treningiem, dlatego korzystaliśmy z możliwości pływania na nartach podpiętych do łodzi. Tak było w latach mojej kariery. Pamiętam, że jeszcze przed Sapporo tylko czekaliśmy, kiedy zostanie podstawiona łódka. Mieliśmy na Mazurach takie łodzie, że jedna potrafiła ciągnąć aż ośmiu zawodników. Bardzo to lubiliśmy, była to ciekawa przygoda.
Augustów jest kolebką kajakarstwa, stąd pochodzi m.in. medalista olimpijski i mistrzowie świata. Odpowiednia infrastruktura wpływa mobilizująco na młodych adeptów. Ja swoje skakanie zaczynałem na górce, na terenowych skoczniach. Dostałem narty skokówki i dres z napisem: „Wisła-Gwardia Zakopane”. Wożono nas na treningi na drugi koniec miasta na małe oświetlone obiekty i skakaliśmy do późnego wieczora. Wracaliśmy do domu już po ciemku, by odrobić lekcje oraz przygotować się jeszcze do pójścia następnego dnia do szkoły.
BL: Wiem, że przekazał pan swój złoty medal olimpijski na szczytny cel. Proszę powiedzieć, co stało się z oryginalnym kruszcem?
-Długo bałem się o mój złoty medal olimpijski i trzymałem go w sejfie. Z drugiej strony mam już swoje lata i obawiałem się, że przyjdzie moment, kiedy moim medalem będą bawiły się dzieci w piaskownicy (śmiech). Byłem namawiany do przekazania medalu Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Przychylałem się do takiej opcji, jednak chciałem, aby powiązać to z jakimś szczytnym celem. Razem z żoną oglądałem konkurs Turnieju Czterech Skoczni 2015 w Bischofshofen, gdy groźnego upadku doznał amerykański skoczek Nicholas Fairall. Żona była przekonana, że Nicholas wstanie o własnych siłach. Jako, że mam od niej dużo większe doświadczenie w tej materii, domyśliłem się, że upadek skończył się paraliżem. Niestety tak się stało i zawodnika zabrano helikopterem do Insbrucka. Jakiś czas później w jednej z gazet sportowych przeczytałem wzmiankę, że Amerykański Związek Narciarski poszukuje ludzi dobrej woli, ponieważ ich skoczek był niedoubezpieczony i potrzeba 50 tys. dolarów na jego rehabilitację. Spędziłem wiele lat w Ameryce i dobrze wiedziałem, co to znaczy, kiedy jest się tam niedoubezpieczonym. Z myślą o ratowaniu Nicholasa wystawiłem swój medal na aukcję zaznaczając, że kupiec przekaże go do Muzeum Sportu i Turystyki, a ja oddam pieniądze na leczenie amerykańskiego zawodnika.
Dzwoniły do mnie różne osoby. Ktoś proponował, że zapłaci za medal 20 tys. dolarów. Z przekąsem stwierdziłem, że za taką kwotę mogę sprzedać srebrny medal zdobyty w Związku Radzieckim na Spartakiadzie Armii Zaprzyjaźnionych. W końcu zgłosił się do mnie właściciel znanej firmy produkującej odzież sportową. Wyraził chęć kupna i poinformował, że na rehabilitację Nicholasa swoje czeki w wysokości 26 tys. dolarów za zwycięstwa w Zakopanem przekazali niemieccy skoczkowie. Dlatego brakująca połowa kwoty może pochodzić ze sprzedaży mojego medalu, a pozostałe 25 tys. dolarów z mojej aukcji pomoże również wicemistrzyni olimpijskiej w łyżwiarstwie Natalce Czerwonce, częściowo sparaliżowanej po groźnym wypadku na rowerze. Zgodziłem się i 50 tys. dolarów ze sprzedaży mojego medalu trafiło na rehabilitację Nicholasa Fairalla i Natalki Czerwonki. Medal przekazano Muzeum Sportu i Turystyki, a każdy chętny może go tam dzisiaj zobaczyć.
Dziękuję za rozmowę.
Rozm. Bartosz Lipiński




































Napisz komentarz
Komentarze