Problem w tym, że żeby w tę narrację uwierzyć, trzeba najpierw zapomnieć o faktach.
A fakty są bezlitosne
Historia tej kładki nie zaczęła się ani wczoraj, ani pół roku temu. Zaczęła się w 1991 roku, gdy po raz pierwszy pojawiła się idea połączenia dwóch części miasta. Potem były lata 90., potem kolejne kadencje, kolejne obietnice, kolejne wizualizacje. Kładki nie było.
W 2016 roku ogłoszono pierwszy konkurs. Bez rozstrzygnięcia. W 2021 drugi. W 2022 w końcu wyłoniono projekt i podpisano Kontrakt Programowy, w którym znalazły się środki na inwestycję.
I właśnie wtedy zaczyna się najważniejszy fragment tej historii
Bo od 2022 do 2025 roku… właściwie nic się nie wydarzyło. Nie wskazano jednoznacznie lokalizacji. Nie uporządkowano kwestii działek. Nie przygotowano kompletnej dokumentacji. Nie doprowadzono projektu do stanu, który pozwalałby przejść procedury bez chaosu i poprawek.
To nie opinia. To wynika z dokumentów
Pierwszy wniosek do konserwatora został pozostawiony bez rozpoznania, bo miasto nie uzupełniło braków. Drugi, złożony w październiku 2025 roku, do dziś jest procedowany. Organ wzywał do uzupełnień, zamawiał dodatkowe opinie, bo dokumentacja była niepełna. To działo się zanim jakiekolwiek stowarzyszenie złożyło jakikolwiek wniosek.
Dlatego opowieść o „blokowaniu inwestycji przez mieszkańców” jest zwyczajnie nieprawdziwa.
Ale to nie jest najpoważniejszy problem
Bo w tej sprawie mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym niż opóźnienia.
Ten sam projekt ma dwie wersje. Dla mieszkańców – „zielona infrastruktura”, spacerowa kładka łącząca parki. Dla Brukseli – infrastruktura o znaczeniu militarnym, wskaźnik RCO 129, mobilność wojskowa, wpisanie do planów ewakuacyjnych.
I znów – to nie opinia. To dokumenty
A teraz najważniejsze: organ, który ma wydać kluczową decyzję, czyli konserwator zabytków, nie posiada informacji o tym drugim wariancie. W odpowiedzi na wniosek o informację publiczną jasno wskazano, że w aktach sprawy nie ma danych o wojskowym charakterze inwestycji. Mamy więc sytuację, w której oczekuje się decyzji administracyjnej na podstawie niepełnego obrazu projektu.
I w tym momencie pojawia się zarzut wobec tych, którzy chcą mieć dostęp do dokumentów
To odwrócenie rzeczywistości. Bo wniosek o dopuszczenie do postępowania nie jest żadną blokadą. To legalne narzędzie kontroli obywatelskiej. Jedno z niewielu, które pozwala zobaczyć, co naprawdę znajduje się w aktach sprawy. Co więcej, jeżeli stowarzyszenie zostanie dopuszczone jako strona, może ten proces… przyspieszyć.
Dlaczego?
Bo ktoś w końcu zacznie nim zarządzać profesjonalnie.
Dziś mamy sytuację, w której miasto przez lata nie potrafiło doprowadzić projektu do stabilnego etapu. Dokumentacja była niekompletna, wnioski poprawiane, kierunki zmieniane. Chaos proceduralny generuje opóźnienia. Stowarzyszenie jako strona aktywna, kompetentna, pilnująca terminów i kompletności materiałów, działa dokładnie odwrotnie – porządkuje proces.
To nie jest zagrożenie dla inwestycji. To jest jej ostatnia szansa
Zwłaszcza że to nie pierwszy raz, gdy pieniądze są zagrożone. Środki na kładkę już raz przepadły, bo miasto nie wywiązało się z założeń fiszki projektowej i harmonogramu. Dopiero później, decyzją marszałka Łukasza Prokoryma, pieniądze zostały przeniesione do innego projektu bez konkursu. To był drugi oddech.
Dziś znów jesteśmy w punkcie, w którym wszystko może się posypać.
I w tym momencie zamiast rzetelnego wyjaśnienia sytuacji, mieszkańcy dostają wpisy, w których winni są ci, którzy pytają.
Radna Wiesława Drejer-Przekop od miesięcy zadaje pytania, których nikt w ratuszu nie chciał słyszeć. Redakcja publikuje dokumenty, których nikt nie chciał pokazać. Stowarzyszenie korzysta z prawa, które istnieje właśnie po to, by takie sytuacje kontrolować. Jeżeli dziś ktoś próbuje to przedstawiać jako „działanie przeciwko miastu”, to znaczy, że problem nie leży w pytaniach.
Tylko w odpowiedziach.
Bo miasto nie jest własnością urzędników.
A zadawanie pytań nie jest sabotażem.
Jest obowiązkiem.




































Napisz komentarz
Komentarze