Ludzie, którzy na co dzień omijają takie zebrania szerokim łukiem, tym razem znaleźli czas, przyszli i wzięli sprawy w swoje ręce. Ponad dwieście osób, które postanowiły, że o ich wspólnym domu zdecydują one same, a nie ktoś z zewnątrz. To właśnie ich obecność okazała się we wtorek najważniejsza.
Ratusz przyszedł. I usłyszał „nie"
O tym, jak poważnie magistrat traktował to zebranie, najlepiej mówi fakt, że na sali pojawili się między innymi zastępca burmistrza Filip Chodkiewicz oraz wysoki urzędnik ratusza Michał Kotarski. Żaden z nich nie jest członkiem Spółdzielni, weszli na podstawie okazanych pełnomocnictw. Zgodnie z prawem, ale wymownie. Gdy w grę wchodzi jedna z największych wspólnot mieszkańców w mieście, ludzie z urzędu potrafią znaleźć drzwi nawet tam, gdzie sami nie mają żadnych praw.
Kotarski kandydował na przewodniczącego zebrania. I przegrał z kretesem.
Komu mieszkańcy zaufali
Najwięcej o tym, o co naprawdę toczyła się gra, powiedział spór o kamerę. Nasza redakcja chciała rejestrować przebieg obrad. I właśnie wtedy, na wniosek odwołanej później przewodniczącej rady nadzorczej Izabeli Simonienko, poddano pod głosowanie, czy Dziennikowi tego zabronić.
Mieszkańcy odpowiedzieli jednoznacznie: stu trzydziestu czterech na stu dziewięćdziesięciu ośmiu obecnych zgodziło się, byśmy nagrywali. Trudno o czytelniejszy gest zaufania. To nie był tylko głos za transparentnością, to była decyzja, komu członkowie Spółdzielni powierzają rolę swoich oczu i uszu. Wybrali naszą redakcję. Chcieli, żeby to, co dzieje się na sali, mógł potem zobaczyć każdy z nich, także ci, którzy przyjść nie zdołali.
Ten sam dzień pokazał, jak wygląda różnica między zaufaniem a jego brakiem. Gdy do obcesowego nagrywania kolejnych procedur zabrał się wiceburmistrz Filip Chodkiewicz, zebrani zaprotestowali i musiał przestać. Ludziom z ratusza nie pozwolono na to, na co z własnej woli pozwolili dziennikarzom, którym ufają. Dla porządku dodajmy, że inne redakcje nie zostały wpuszczone na salę, głównie dlatego, że ich przedstawiciele nie są członkami spółdzielni, a walne jest zebraniem członków.
Chaos, który nie wziął się z przypadku
Nie ma co owijać w bawełnę, organizacyjnie było źle. Zamieszania nie brakowało, a w naszej ocenie, spora jego część nie była dziełem przypadku. Zachowanie części obecnych na sali urzędników magistratu wyglądało raczej na próbę utrudnienia i przeciągania procedury odwołania niż na troskę o jej sprawny przebieg. A jednak mieszkańcy doprowadzili głosowania do końca. Wymaganą przez statut większość dwóch trzecich zbierali dla kolejnych radnych spokojnie, po kolei, głos po głosie. Ich determinacja okazała się silniejsza niż cały ten sztucznie podsycany bałagan.
Wynik czysty i nie do podważenia
Jest w tym wszystkim szczegół, który świadczy o tym, że zwycięstwo jest solidne. Rok temu, przy wyborze piętnastoosobowej Rady, część kandydatów nie weszła do niej dosłownie o włos i trafiła na swoistą listę rezerwową. Statut mówi jasno: zwolnione miejsca obsadzają ci, którzy w tamtych wyborach uzyskali kolejno najwięcej głosów. A ponieważ radni niezwiązani z burmistrzem i „Naszym Miastem" pozostali na swoich miejscach, nie powstała żadna luka, którą trzeba by łatać wyborami uzupełniającymi. Rada ukonstytuuje się niebawem.
Co to naprawdę znaczy
Można patrzeć na to jak na wewnętrzną sprawę jednej spółdzielni. Byłby to błąd. We wtorek rozstrzygnęło, czy wspólnota mieszkańców potrafi obronić się przed logiką, w której o wszystkim decyduje ratusz, a niezależne instytucje traktuje się jak zdobycz i synekury.
Wspólnota okazała się silna i sprawcza. Odrzucił politykierstwo w wydaniu ratuszowym, które aż nazbyt dobrze znamy z życia miasta: obsadzać, kontrolować, a gdy trzeba, obrażać i dezinformować za publiczne pieniądze. Mieszkańcy zrobili coś jeszcze. Wybierając, komu ufają, a komu nie, pokazali, gdzie w tym mieście dziś linia zaufania przebiega. Po jednej stronie sąsiedzi i ci, którzy uczciwie mówią im, co się dzieje. Po drugiej urzędnicy, którym trzeba było odebrać nawet kamerę.
Spółdzielnia nie jest i nigdy nie powinna być przybudówką magistratu. We wtorek jej członkowie po prostu o tym przypomnieli głos po głosie. Miejmy nadzieję, że polityka nie wróci już do niej w tak brutalnej formule, jaką przynieśli ze sobą ludzie związani z burmistrzem Karolczukiem. Bo augustowska demokracja pokazała wczoraj, że jest żywa, dorosła i że umie sama zdecydować, komu zaufać.

Napisz komentarz
Komentarze