Radni Koalicji Obywatelskiej złożyli 1 kwietnia formalną skargę na zastępców burmistrza i radcę prawną. Dokument nie brzmi jak zwykła polityczna przepychanka i nią nie jest. W skardze padają słowa o agresji, manipulacji, podważaniu roli radnych. I jedno zdanie, które wybrzmiewa najmocniej: „to nie incydent, to styl działania”.
Schemat wypowiedzi zastępców burmistrza jest zawsze taki sam. Zamiast odpowiedzi - sugestia, że pytający ma złe intencje. Zamiast wyjaśnienia -narracja, że ktoś „blokuje pieniądze”. Zamiast rozmowy o dokumentach -rozmowa o insynuacjach.
To bardzo wygodny mechanizm. Bo jeśli uda się przykleić komuś etykietkę, to nie trzeba już tłumaczyć faktów. Nie trzeba odpowiadać na pytania. Problem w tym, że dokumenty są i mówią rzeczy przeciwne do enuncjacji burmistrza i jego zastępców. Pokazują, że historia opowiadana przez urzędników na sesji i historia zapisana w papierach to dwie różne opowieści. Opowieść urzędników jest pewna siebie i brzmi jak gotowy scenariusz sukcesu. W dokumentach czytamy jednak, że projekt jest na samym początku drogi, zawiera braki, potrzebne są uzupełnienia, pojawiają się pytania bez odpowiedzi ze strony burmistrza. Okazuje się, że zamiast inwestycji „uzgodnionej i przygotowanej”, mamy sprawę, która dopiero wchodzi w formalny tryb.
W tym kontekście zarzut o „blokowanie pieniędzy” przestaje być argumentem. Zaczyna być narracją. A narracja, jak wiadomo, nie musi być prawdziwa, wystarczy że jest skuteczna.
W skardze pojawia się też coś jeszcze, coś co zwykle umyka w takich sporach. Próba ustawienia roli radnego. Jakby jego zadaniem nie było kontrolować, pytać, sprawdzać, tylko… nie przeszkadzać. Jakby najlepszy radny to był taki, który kiwa głową i nie zadaje trudnych pytań. To bardzo niebezpieczny pomysł. Bo samorząd bez kontroli przestaje być samorządem. Staje się UKŁADEM ZAMKNIETYM, zarażonym korupcją systemową, klientyzmem, nepotyzmem i jeszcze kilkoma izmami. .
Burmistrz i jego zastępcy chcą traktować organ kontrolny jak żart. Można się śmiać, można ironizować, można deprecjonować. Tylko że to nie jest scena kabaretowa. A kiedy do tego dochodzi napastliwy język wobec instytucji państwowych, który bardziej pasuje do internetowej kłótni niż do urzędu, zaczyna być jasne, że problem nie dotyczy jednej inwestycji. Dotyczy sposobu myślenia tej władzy o samorządzie, o mieście i mieszkańcach.
Bo jeśli odpowiedzią na wątpliwości jest podniesiony ton, ironia i atak, to znaczy, że coś w Augustowie przestało działać.
Radni w swojej skardze piszą, że brak reakcji będzie odebrany jako akceptacja.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Bo w tej historii nie chodzi już o to, czy kładka powstanie.
Chodzi o to, czy ktoś będzie mógł jeszcze zapytać, dlaczego jej nie ma.





































Napisz komentarz
Komentarze