Pojawia się znakomity pretekst, by pozbyć się z urzędu pana o nazwisku Sieczkowski. Sprawa karna, jaką wytoczył mi ten urzędnik, dotyczyła kilku ocen, na które zdobyłem się kilka lat temu. Przypomnijmy Czytelnikom, co oburzyło Sieczkowskiego. Napisałem że:
-Burmistrz Sieczkowski okłamał radnych;
-Sieczkowski nie jest kłamcą, jest turbo kłamcą;
-Od kilku miesięcy Sieczkowski ociera się o brak kultury, a nawet chamstwo;
-Do hipokryzji i podwójnych standardów urzędnika Sieczkowskiego przywykliśmy;
-Kłamstwo i chamskie zachowanie Sieczkowskiego obciąża jego przełożonego;
-Od czasu awansu (…) jest postrzegany jako główny prześladowca pracowników.
Sieczkowski uznał, że sformułowania powyższe są przestępstwem i złożył do sądu prywatny akt oskarżenia, domagając się ukarania mojej osoby, zapłaty na jego rzecz 20.000 zł oraz zwrotu kosztów procesu, które mogły by sięgnąć kolejnych dziesiątek złotych.
Sieczkowski sprawę przegrał dokumentnie.
Chciał uciszyć krytykę i przegrał w sądzie
Prawomocny wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie z 18 grudnia 2025 r. zakończył kilkuletnią sagę sądową, w której Sławomir Sieczkowski próbował dowieść, że krytyczne publikacje prasowe na jego temat były przestępstwem.
Nie były.
Sąd nie miał wątpliwości: żadnego zniesławienia, żadnej obrazy, żadnego przestępstwa. Była za to dozwolona krytyka osoby pełniącej funkcję publiczną, realizowana w interesie społecznym i mieszcząca się w granicach wolności słowa.
I tu zaczyna się problem – nie prawny, lecz obyczajowy i polityczny.
Dewaluacja własnego dobrego imienia
Zastępca burmistrza, który zamiast odpowiadać na pytania, wybiera akty oskarżenia, nie broni swojego dobrego imienia. On je dewaluuje.
Bo w demokracji mandat publiczny nie jest tarczą, tylko zobowiązaniem.
Dwór obrażalskiego monarchy, a nie samorząd
W uzasadnieniu wyroku sąd przypomniał coś, co w Polsce wciąż bywa niewygodne:
osoba pełniąca funkcję publiczną musi tolerować ostrzejszą krytykę niż zwykły obywatel.
Nie dlatego, że „wolno ją obrażać”, ale dlatego, że kontrola władzy jest fundamentem demokracji.
Jeśli każdy krytyczny komentarz kończy się pozwem lub aktem oskarżenia, to nie mamy debaty publicznej, mamy efekt mrożący, a lokalna władza zaczyna przypominać dwór obrażalskiego monarchy, a nie samorząd.
Pora na refleksję, nie na kolejną sprawę
Wyrok z Olsztyna jest prawomocny.
Pozostaje pytanie: czy Sławomir Sieczkowski wyciągnie z niego wnioski?
Bo można dalej iść w zaparte, udawać, że „nic się nie stało”, albo – co byłoby nowością – przyjąć krytykę jak dorosły polityk. A może honorowo odejść z urzędu?
Zwłaszcza, że wyrok przynosi jeszcze jeden ciekawy „kwiatek”.
Sąd zaczął od wstydu. Prawnicy z otoczenia Sieczkowskiego nie przeszli progu profesjonalizmu
Sąd w pierwszych słowach uzasadnienia stwierdza, że apelacja wniesiona przez Sieczkowskiego nie spełnia standardów rzetelnego środka odwoławczego.
I nie jest to jedno zdanie wyrwane z kontekstu. To ocena całościowa.
Gdy prawnik nie odróżnia faktu od opinii. Błąd z pierwszego roku studiów
Sąd bardzo wyraźnie wskazuje fundamentalny błąd, który ciągnie się przez całą linię procesową prawników reprezentujących interesy Sieczkowskiego.
Wprost czytamy, że sporne wypowiedzi: „mają charakter ocenny i nie można ich poddać dowodowi prawdy”.
To zdanie jest miażdżące.
Bo oznacza, że cała konstrukcja oskarżenia, a potem apelacji, opierała się na niezrozumieniu podstawowego pojęcia prawa karnego i prawa prasowego.
To nie jest spór doktrynalny.
To jest błąd z pierwszego roku studiów.
Sąd musiał tłumaczyć podstawy. To już kompromitacja
W dalszej części uzasadnienia sąd – zamiast analizować niuanse – zmuszony jest przypomnieć rzeczy elementarne: czym jest wolność wypowiedzi, czym jest dozwolona krytyka, jaki status ma osoba pełniąca funkcję publiczną.
Sąd pisze wprost, że wypowiedzi:
„stanowiły realizację prawa do krytyki”
„mieściły się w granicach wolności słowa”
Jeżeli zawodowy pełnomocnik doprowadza do sytuacji, w której sąd musi wracać do takich podstaw, to znaczy, że koncepcja procesowa była wadliwa od samego początku.
Prawo karne jako pałka na krytykę? Sąd mówi: nie
Jednym z najbardziej dotkliwych fragmentów uzasadnienia jest ten, w którym sąd jasno daje do zrozumienia, że:
„prawo karne nie służy do tłumienia krytyki osób publicznych”.
To zdanie nie jest komentarzem.
To jest zamknięcie całej narracji, którą próbowali zbudować prawnicy z otoczenia Sieczkowskiego. Narracji, w której krytyka miała być przestępstwem, opinia miała być „fałszywym faktem”, a sąd miał pełnić rolę korektora publicystyki.
Sąd nie tylko się na to nie zgodził. Sąd rozbroił tę koncepcję do zera.
Może dlatego wyrok wywołał taką wściekłość wśród korektorów publicystyki w togach.
Wstyd i hańba
Ten proces to wstyd nie tylko dla Sieczkowskiego i prawników z jego otoczenia. To wstyd dla burmistrza Karolczuka, to hańba dla władz miejskich. Dlatego za dobry moment i znakomity pretekst Karolczuk powinien mi podziękować i Sieczkowskiego pozbyć się jak najszybciej. Inaczej wstyd i hańba obciąży także Karolczuka.




































Napisz komentarz
Komentarze