Dlaczego? Bo umowa jasno pokazuje kolejność prac i płatności. Do tej pory przygotowano materiały pokonkursowe, wykonano analizy i badania, opracowano projekt zagospodarowania terenu. Dopiero w kolejnych etapach ma powstać właściwy projekt samej kładki.
Wystarczy zestawić to z wydatkami, aby zobaczyć, gdzie naprawdę jesteśmy. Miasto wydało do tej pory około 200 tysięcy złotych z umowy wartej milion, a ta kwota odpowiada właśnie tym pierwszym etapom prac. W budżecie nie ma natomiast żadnego śladu płatności za kolejne etapy, które obejmowałyby projekt kładki. W tej konstrukcji umowy oznacza to jedno – te etapy po prostu nie zostały wykonane.
Innymi słowy: nie zapłacono za projekt kładki, ponieważ tego projektu jeszcze nie ma. To nie jest opinia ani interpretacja, lecz najprostsze odczytanie dokumentów.
700 dni bezczynności
Jeszcze wyraźniej widać to, gdy spojrzymy na czas. Konkurs na projekt rozstrzygnięto w maju 2022 roku, natomiast umowę z projektantem podpisano dopiero 22 marca 2024 roku. To niemal dwa lata przerwy, 700 dni, których do dziś nikt jasno nie wyjaśnił. Potem minęły kolejne dwa lata pracy.
I gdzie jesteśmy dzisiaj?
Po czterech latach od wyboru projektu wydano około 200 tysięcy złotych, wykonano wstępne opracowania i prace przygotowawcze, ale projektu kładki nadal nie ma.
Jeśli spojrzeć na to chłodno, bez emocji, to tempo prac mówi samo za siebie. Po czterech latach od rozstrzygnięcia konkursu projekt jest zaawansowany mniej więcej w 20 procentach. To oznacza, że przy takim tempie całość mogłaby powstać dopiero za około 20 lat. Oczywiście nikt nie twierdzi, że tak właśnie będzie, ale taka prosta projekcja pokazuje skalę problemu. Bo jeśli po kilku latach jesteśmy dopiero na początku drogi, to trudno mówić o sprawnie prowadzonym projekcie.
Co więcej, umowa przewidywała, że całość prac projektowych, wraz z uzyskaniem wszystkich uzgodnień i decyzji, powinna zostać wykonana w ciągu 18 miesięcy od jej podpisania. Oznacza to, że projekt powinien być gotowy najpóźniej we wrześniu 2025 roku. Ten termin już minął. A mimo to, jak wynika z dokumentów, inwestycja nie wyszła poza etap wstępnej dokumentacji.
Trudno to nazwać zwykłym opóźnieniem. To jest poważna luka czasowa w prowadzeniu tej inwestycji, której nie da się wyjaśnić ani procedurami, ani „naturalnym tempem prac”.
Warto przypomnieć jeszcze jedną rzecz. Mieszkańcy słyszeli publiczne deklaracje, że miasto nie będzie płacić za dokumentację przed uzyskaniem pozwolenia na budowę. Tymczasem sama umowa pokazuje jasno, że płatności zostały podzielone na etapy, a pozwolenie jest tylko jednym z nich. Czy mimo tych deklaracji pieniądze były wypłacane wcześniej. Tego nadal nie wiemy. Wiemy natomiast, że do dziś nie ma rozliczeń za etap obejmujący projekt kładki.
I właśnie w tym miejscu pojawiają się pytania stowarzyszenia Przyjazny Augustów i radnej Wiesławy Drejer-Przekop. Na te pytania nie padają odpowiedzi. Pojawiają się za to ataki. Słyszymy, że jedno krótkie pismo o dostęp do informacji publicznej miało „zablokować” inwestycję, nad którą, jak twierdzi zastępca burmistrza, pracowano „po nocach”.
Jeśli rzeczywiście jedno pismo z prośbą o dostęp do informacji jest w stanie zatrzymać projekt przygotowywany przez lata po nocach, to znaczy, że ten projekt od początku był w bardzo złym stanie. W normalnym procesie inwestycyjnym pytania nie są problemem, a dostęp do informacji nie blokuje pracy urzędu. Pozwala jedynie sprawdzić, co faktycznie zostało zrobione.
A dziś widać to bardzo wyraźnie: po czterech latach od rozstrzygnięcia konkursu, po upływie terminu przewidzianego w umowie i po wydaniu około 200 tysięcy złotych, projekt kładki nadal nie istnieje. Nie ma projektu, nie ma pozwolenia, nie ma kluczowych dokumentów. Są tylko zapewnienia, że wszystko idzie zgodnie z planem.
Tyle że projektu kładki, przynajmniej w dokumentach, po prostu nie widać.




































Napisz komentarz
Komentarze