Zdjęcia za Państwem. Jak wspomina Pan ten czas?
-Z ogromnym sentymentem. Kręciliśmy w Puszczy Augustowskiej, nad jeziorami, o świcie, w nocy. Ekipa była młoda, głodna pracy i bardzo zaangażowana. Niektórzy po raz pierwszy stanęli przed kamerą, ale byli też aktorzy doświadczeni w filmie.
Na planie pracował Pan głównie z młodymi ludźmi.
-I to był prawdziwy dar. Młodzi aktorzy nie mają jeszcze odruchu „grania pod kamerę”. Słuchają, ufają, są ciekawi. Dużo rozmawialiśmy, zanim cokolwiek zostało nagrane. Chciałem, żeby weszli w opowieść, że czuli się bezpiecznie i wiedzieli, że każdy z nich współtworzy ten film, a nie tylko wykonuje polecenia. Czasem to oni podpowiadali mi rozwiązania, na które sam bym nie wpadł. Były też sceny, które po opowiedzeniu aktorom historii nagrały się jakby same.
Co decydowało o dobrej atmosferze?
-Szacunek i cierpliwość. Przy trudniejszych scenach ustalaliśmy wszystko wcześniej, krok po kroku, i każdy mógł w każdej chwili powiedzieć „stop”. Takie podejście uwalnia. Kiedy aktor wie, że ma oparcie, że to on ustala granice, odważa się na więcej. Śmiechu też było mnóstwo, a czasami padaliśmy na nosy ze zmęczenia.
Jak układała się współpraca z odtwórczynią głównej roli?
-Wyjątkowo. Zuzanna Wasilczyk to młoda aktorka z doświadczeniem z Augustowskiego Teatru Tańca. Wniosła do swojej postaci prawdę, której nie da się nauczyć. Była skupiona, odważna i jednocześnie pełna życia. Po ciężkich dniach zdjęciowych to ona potrafiła rozładować napięcie jednym żartem. Za to jestem jej wdzięczny. Znakomicie poradził sobie Kuba Karpiński, który debiutował przed kamerą. Rewelacyjny był Grzegorz Stankiewicz. Wniósł na plan doświadczenie. Jego rola, podobnie jak rola Adama Gusiatina, to mistrzostwo świata. W filmie zobaczymy jeszcze jedną debiutantkę, Anettę Kotfis, w małej ale bardzo miłej roli.
Czy są sceny, na które czekał Pan ze szczególną ekscytacją?
-Kilka. Nie zdradzę które, ale mogę powiedzieć, że jedna z nich wymagała od nas wszystkich wyjątkowej uważności, kilku przymiarek. Inna powstała o świcie nad wodą i do dziś mam przed oczami to światło. Są też ujęcia, które mieliśmy w głowach od miesięcy, a potem natura dopisała do nich coś, czego nie dało się zaplanować. Takie chwile zostają w pamięci na zawsze.
A sama puszcza? Pomagała, czy przeszkadzała?
-Jedno i drugie, jak to natura. Nauczyła nas pokory i czekania. Ale to właśnie ona jest drugim bohaterem tego filmu.
Czy może Pan uchylić rąbka tajemnicy dotyczącej fabuły?
-Tylko tyle, że to opowieść o młodej dziewczynie, o miłości, o wierze i o tym, co zostaje, kiedy wszystko wokół się rozpada. Reszta musi zaczekać na premierę. Chcę, żeby widz wszedł do tego świata bez przewodnika i sam wyczuł, dokąd go prowadzimy.
Film sięga do wydarzeń sprzed dwustu lat. Dlaczego?
-Bo ta historia nie jest zamknięta. To, co wydarzyło się w 1812 roku, ma swoje konsekwencje do dziś. Przez długi czas funkcjonowały inne wersje tej historii, nie takie zresztą stare, liczące zaledwie kilkadziesiąt lub kilkanaście lat. Chciałem pokazać tę prawdziwą, bez upiększeń, ale z czułością dla ludzi, którzy ją przeżyli. Zośka nie jest dla mnie postacią z legendy. Jest kimś bliskim i miłym sercu.
Jak myśli Pan, co widz zabierze z seansu?
-Mam nadzieję, że niepokój, ale też ciepło, okrucieństwo wojny zwyciężone przez miłość.
Kiedy i gdzie będzie można go zobaczyć?
-Premiera odbędzie się 21 listopada w APK. Szczegółów szukajcie na Facebooku i na stronie golazoska.com. Serdecznie zapraszam, przyjdźcie z rodziną, z przyjaciółmi, z młodzieżą. Po seansie chętnie porozmawiam z każdym, kto będzie miał ochotę. Mała uwaga, film jest przeznaczony dla widzów od 16 roku życia. Zawiera sceny przemocy.
Na koniec jedno zdanie do tych, którzy się wahają.
-Przyjdźcie zobaczyć, jak naprawdę było. Warto poznać prawdziwą wersję historii o Gołej Zośce.
Krzysztof Przekop jest scenarzystą, reżyserem, autorem zdjęć oraz producentem filmu.

























Napisz komentarz
Komentarze