Sanepid potwierdził to, o czym radna Wiesława Drejer-Przekop mówiła władzom miasta od ponad roku: w szkolnych automatach vendingowych sprzedawano dzieciom produkty, których zabrania rozporządzenie ministra zdrowia.
Radna od dawna wizytowała augustowskie szkoły i wielokrotnie alarmowała, że asortyment automatów łamie przepisy chroniące zdrowie uczniów. Już jesienią ubiegłego roku przekonywała, że sprawa jest poważna: "Przejrzałam wszystkie te produkty pod kątem zawartości. Ponad 50 procent z nich nie spełniało normy cukrowej, tłuszczowej oraz ilości soli. Mamy prawie 33 procent otyłych dzieci, a nastolatkowie w wieku 10-12 lat mają stany przedcukrzycowe" - mówiła wtedy Wiesława Drejer-Przekop.
Za pierwszym razem usłyszała jednak od urzędników ratusza, że się myli, że produkty o tych samych nazwach, które widziała w automatach, w rzeczywistości mają inny, dopuszczony skład niż te sprzedawane poza szkołą. Zastępca burmistrza Filip Chodkiewicz zapewniał wówczas, że wydział edukacji i sportu zleci dyrektorom audyt automatów i nakaże wykluczenie wszystkiego, co nieodpowiednie, dodając, że "być może doszło gdzieś do jakiegoś niedopatrzenia". Radna, wspierana przez swoich pacjentów, nie dała się zbyć taką odpowiedzią i konsekwentnie domagała się wycofania kwestionowanych produktów ze szkół.
Sprawą zainteresował się w końcu Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w Augustowie. Z pisma PSSE z 1 kwietnia 2026 r. wynika, że skontrolowano 9 automatów oraz 1 sklepik szkolny w 6 placówkach oświatowych, trzech podstawówkach i trzech szkołach ponadpodstawowych. Nieprawidłowości stwierdzono aż w 5 placówkach oraz w sklepiku szkolnym. Z automatów musiały zniknąć m.in. chrupki, krakersy, chipsy, batony zbożowe, batony czekoladowe, orzechy, suszone owoce, napoje owocowe i napoje herbaciane. Wszystko z powodu zawyżonej zawartości cukru, soli lub substancji słodzących.
Sanepid wydał 6 decyzji z rygorem natychmiastowej wykonalności, zakazujących wprowadzania tych produktów do obrotu. Skierowano też do Podlaskiego Państwowego Wojewódzkiego Inspektora Sanitarnego w Białymstoku wnioski o wymierzenie kar pieniężnych podmiotowi odpowiedzialnemu za naruszenia. Ustawa o bezpieczeństwie żywności i żywienia przewiduje za to kary od 1.000 do 5.000 zł.
Dopiero kontrola sanepidu skłoniła urzędników do przyznania, że racje miała radna, a ich wcześniejsze zapewnienia mijały się z prawdą. Na ostatniej sesji rady miejskiej, nieco ponad rok od pierwszego wniosku Wiesławy Drejer-Przekop, poinformowano o rozwiązaniu umowy z firmą obsługującą automaty w szkołach.
Sprawa zmierza więc w dobrym kierunku, choć nie została jeszcze zamknięta. Kluczowe pytanie brzmi, co burmistrz pozwoli sprzedawać dzieciom w nowych automatach. Czy trafią tam produkty spełniające normy rozporządzenia, czy - pod inną firmą - powrócą te same, potencjalnie szkodliwe artykuły, których urzędnicy bronili przez ponad rok? Odpowiedź na to pytanie będzie wymagała stałego monitorowania przez radnych i rodziców, bo jak pokazała ta sprawa, samo zapewnienie ratusza nie wystarczy.
Dla mieszkańców historia ta jest też lekcją, że interwencja jednej upartej radnej, poparta fachową wiedzą i cierpliwością, potrafi po roku przełamać opór urzędu. Choć koszt tego oporu ponosiły przez ten czas dzieci kupujące w szkole produkty niezgodne z przepisami.
Audyt na papierze, chipsy w automacie
Nadzór nad tym, co trafia do szkolnych automatów i sklepików, formalnie spoczywa na dyrektorach placówek, ale to organ prowadzący, czyli burmistrz i podległy mu wydział edukacji, odpowiada za system kontroli tych placówek. Gdy rok temu radna Wiesława Drejer-Przekop zgłosiła problem, zastępca burmistrza Filip Chodkiewicz zapowiedział audyt automatów i wykluczenie niedozwolonych produktów. Audytu jednak nie było, a przynajmniej takiego, który cokolwiek zmienił.
Kontrola sanepidu przeprowadzona z urzędu wykazała nieprawidłowości aż w 5 z 6 skontrolowanych placówek oraz w sklepiku szkolnym, czyli tam, gdzie miasto samo powinno było je wcześniej wyłapać. Wydano 6 decyzji nakazujących natychmiastowe wycofanie produktów oraz skierowano wnioski o kary finansowe. Innymi słowy: to, co miasto obiecało zrobić samo, musiał zrobić za nie inspektor sanitarny, ponad rok po pierwszym alarmie radnej.
Przez cały ten czas w automatach dostępnych dla uczniów znajdowały się produkty z nadmiarem cukru, soli i substancji słodzących, mimo zapewnień urzędników. Dopiero niezależna kontrola zmusiła ratusz do przyznania racji radnej i rozwiązania umowy z firmą obsługującą automaty. Pytanie, czy ktokolwiek poniesie za ten rok zaniechań realną odpowiedzialność, pozostaje otwarte.

Napisz komentarz
Komentarze