W gabinecie Mirona panował półmrok.
Felek Skonopi chodził od ściany do ściany, jakby mierzył dystans między katastrofą a jeszcze większą katastrofą.
– No i co, Miron… daliśmy dupy – powiedział w końcu bez ceremonii. – Cztery lata. Cztery. I nawet głupiego planu nie umiemy zrobić tak, żeby się nie wysypał na pierwszym zakręcie.
Sławojek siedział przy stole, wpatrzony w kartki, jakby próbował z nich wyczytać alternatywną wersję rzeczywistości.
– Nie głupiego, tylko skomplikowanego – mruknął. – Tam są przecież różne rzeczy… zapisy… interpretacje…
– Interpretacje? – Felek Skonopi prychnął. – Interpretacja jest taka, że nie ma papierów, nie ma zgód i nie ma mostku. A miał być mostek. I to już dawno.
Zapadła cisza. Gęsta, ciężka cisza.
– Trzeba to odwrócić – powiedział w końcu Felek Skonopi, zatrzymując się i opierając ręce o stół. – Na sesji. Prosto. Że to nie my. Że radni opozycji. Że konserwator z Białegostoku. Oni blokują. Oni przeszkadzają. My chcieliśmy dobrze.
Miron podniósł głowę.
– Czyli klasyka?
– Klasyka – potwierdził Felek Skonopi. – Tylko bez wahania. Jedna wersja. Wszyscy to samo.
Sławojek skinął głową, choć widać było, że gdzieś głęboko coś mu nie pasuje.
– Ktoś to kupi?
Felek Skonopi uśmiechnął się krzywo.
– Jak powiemy wystarczająco pewnie, to zawsze się znajdzie ktoś głupi, kto kupi. Nasi wyborcy nie są wymagający intelektualnie. Damy radę.
Sala sesyjna była jasna, pełna ludzi i pełna słów. Bardzo wielu słów.
Wystąpienia płynęły jedno po drugim, a każde z nich brzmiało podobnie. Jakby ktoś wcześniej ustawił nuty i teraz wszyscy grali tę samą melodię.
– Projekt był przygotowany…
– Wszystko było gotowe…
– Niestety działania radnych opozycji…
– …oraz stanowisko konserwatora…
– …zablokowały środki dla mieszkańców…
Słowa układały się w zdania, zdania w narrację, a narracja w historię, która, gdyby nie dokumenty, mogłaby nawet wyglądać wiarygodnie.
Ktoś z sali próbował przerwać, ktoś inny zadawał pytania, ale odpowiedzi były zawsze takie same. Wyuczone. Równe. Gładkie.
Miron w tym czasie siedział w swoim gabinecie.
Nie poszedł na sesję.
Siedział w fotelu, lekko odchylony, i patrzył w sufit.
– Nie idę – powiedział wcześniej. – Wy się tłumaczcie.
– Ale… – zaczął Sławojek.
– Tłumaczcie się– powtórzył Miron. – To była wasza robota.
Wziął do ręki wydruk projektu. Tego samego, w którym wszystko było takie proste.
– Przecież miało być inaczej – mruknął. – Miałem teraz przecinać wstęgę. Zdjęcia, uśmiechy, rowery… ludzie zadowoleni…
Pokręcił głową.
– A teraz co? Z parków i kładki rowerowo-pieszej zrobił się… co właściwie?
– No… – zawahał się Sławojek – są pewne elementy… które można interpretować jako…
– Poligon – uciął Miron. – Dwa poligony. Nad rzeką i nad jeziorem. I most dla czołgów.
Spojrzał na niego ostro.
– Ja nie chcę budować poligonów w środku miasta. Rozumiesz? Może kopalnie Dobowskiego już wystarczą.
Zapadła cisza.
– To nie tak miało wyglądać – dodał ciszej.
Miron otworzył kolejnego pasjansa.




































Napisz komentarz
Komentarze