Krótko mówiąc: to kolejny rozdział historii, którą Augustów przerabiał przy funduszach norweskich i szwajcarskich, tylko tym razem z jeszcze większym rozmachem w tłumaczeniu porażki.
Problem pierwszy: pieniądze, które istnieją tylko na papierze
U nas pieniądze mają naturę osobliwą. Są, dopóki są zapisane, znikają, kiedy trzeba po nie sięgnąć.
Wszystko wygląda wzorowo: środki są przyznane, zabezpieczone, podane na tacy. Nie trzeba niczego nadzwyczajnego, wystarczy zrobić rzecz najtrudniejszą w naszej rzeczywistości, czyli zwyczajną pracę.
I wtedy następuje cud. Pieniądze rozpływają się w powietrzu. Nie dlatego, że ktoś je zabrał. Nie dlatego, że ktoś je ukradł. Tylko dlatego, że nikt nie potrafił ich skutecznie wziąć. To jest nasza miejska specjalność: pieniądze istnieją, ale wyłącznie w stadium deklaratywnym.
A chodzi o sumy ogromne
Żebyśmy mieli pełną jasność, o jakiej skali mówimy, warto spojrzeć na liczby.
*Fundusze norweskie to około 10 milionów euro, przy zastosowaniu dźwigni finansowej, którą te fundusze zakładają mogło to być nawet 200-400 mln zł.
*Fundusze szwajcarskie to projekt opiewający na blisko 80 milionów złotych, czyli kilkanaście milionów euro .
*Kładka nad Nettą to kolejne 17 milionów euro, czyli niemalże 80 mln zł.
Razem robi się z tego suma, która mogłaby Augustów napędzić na wiele lat, a może pokoleń.
I teraz najciekawsze. Te pieniądze nie zniknęły dlatego, że ich nie było. One były podane na tacy, ale burmistrzowie nie potrafili dowieźć do końca projektów.
Mówimy więc nie o drobnych potknięciach, tylko o dziesiątkach milionów euro, które przeszły Augustowowi obok nosa według tego samego, powtarzalnego schematu.
Problem drugi: brak kompetencji
W cywilizowanym świecie powiedziałoby się: nie daliśmy rady, przepraszamy. Ale u nas szczerość jest luksusem zbyt kosztownym.
Dlatego zamiast prostego stwierdzenia mamy nieprawdziwą narrację:
– procedury się zmieniły,
– wymagania wzrosły,
– ktoś coś zablokował.
Czyli innymi słowy: nie potrafimy dowieźć projektów, ale opowiadamy, że nie pozwolono, że ktoś nas blokuje. I to jest moment, w którym administracja przestaje być administracją, a zaczyna być cyrkiem.
Problem trzeci: zatrudnienie rośnie, stołków przybywa, a efekt maleje
Zasada powinna być prosta: więcej pracy– więcej ludzi. Ale jak wiadomo, teoria bywa luksusem. W praktyce mamy: więcej stanowisk, więcej funkcji i mniej efektów. System zaczyna żyć własnym życiem, zajmując się sam sobą z godną podziwu konsekwencją. To nie jest wypadek przy pracy, to jest trwały głęboki kryzys.
Problem czwarty: straty są nieodwracalne
Największa tragedia polega na tym, że te setki milionów złotych nie wrócą. Bo jest to za każdym razem jednorazowa szansa. Konsekwencją jest to, że miasto traci tempo, którego już nie odzyska.
Problem piąty: propaganda jako metoda zarządzania
I wreszcie dochodzimy do momentu, w którym fakty przestają się liczyć, bo zaczyna się opowieść, propaganda. Za pieniądze mieszkańców, co warto odnotować.
Tworzy się narrację:
że ktoś blokuje,
że ktoś przeszkadza,
że ktoś odbiera.
Zawsze ktoś.
Nigdy my.
Nie ma dokumentów – są wpisy na FB.
Nie ma decyzji – jest własna telewizja za pieniądze mieszkańców.
Nie ma dowodów – są sugestie.
Nie ma projektów – są nowe liczne etaty w wydziale zajmującym się propagandą.
A prawda jest zaskakująco prosta
Nie da się w nieskończoność tłumaczyć kolejnych porażek cudzymi winami. Nie da się przykryć faktów narracją. Jeżeli pieniądze się pojawiają by zniknąć, jeżeli projekty się rozpadają, to nie jest problem wrogów zewnętrznych. To jest problem ludzi, którzy tym systemem kierują.
I dlatego kładka nad Nettą nie jest żadnym wyjątkiem.
Jest tylko kolejnym dowodem skrajnej indolencji i nieporadności władz miejskich.




































Napisz komentarz
Komentarze